Alice speaks to Cheshire Cat

`Would you tell me, please, which way I ought to go from here?'
`That depends a good deal on where you want to get to,' said the Cat.
`I don't much care where--' said Alice.
`Then it doesn't matter which way you go,' said the Cat.
`--so long as I get somewhere,'
`Oh, you're sure to do that,' said the Cat, `if you only walk long enough.'


`But I don't want to go among mad people,' Alice remarked.
`Oh, you can't help that,' said the Cat: `we're all mad here. I'm mad.
You're mad.'
`How do you know I'm mad?' said Alice.
`You must be,' said the Cat, `or you wouldn't have come here.'


["Alice in Wonderland" Lewis Carroll]

'Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było'



All your tears just give you a taste

Prysznic, ogarnęłam nieco mieszkanie.
Naleśniki z jabłkami, biała kawa.. mhmmm

Młoda w drodze do pracy, tym razem daleko daleko, na miejscu będzie pewnie za kilka godzin, choć wyjeżdżała o 6 rano. Przez sen słyszałam jak szamocze się w kuchni. Zaraz do niej zadzwonię.
Wielki Brat nas nie odwiedzi w ten weekend, też ma dodatkową robotę.
No to ja jadę na wieś, sama, z płytą AEIOU Sistars w odtwarzaczu. Po drodze zakupy dla Babci i odwiedziny w galerii u E., oprowadzi mnie po nowej wystawie.

Uspokoiłam się już, choć wczoraj z pracy wychodziłam ze smolistymi myślami. Nie wiem co będzie działo się w poniedziałek, ale w tej chwili mnie to nie rusza. „Mam głęboko w …duszy”

Mam wrażenie, że znam siebie tak, że potrafię się ustawić, jak łódkę, jak żagiel, odpowiednio ze zmieniającym się wiatrem. Choć bywa, że dłonie bolą od kurczowego trzymania lin. Że przecież zdarzają się niespodziewane manewry. I że łatwo dostać bomem w łeb.
Ale podobno z czasem twardnieje skóra na opuszkach.

Nieśpiesznie mi tak.

„This is my life line, my own time
My prescious experience.
Life is like a good wine…”
[Sistars]



01.10.05 10:45:11

Komentuj (2)


Do szkoły, chodźmy do szkoły
9.14

A może by tak zamiast do biura, zamiast za biurko, zamiast do klawiatury, telefonu i faksu…może by tak skręcić w przeciwną stronę, zaraz po wyjściu z autobusu, wbiec po kilku schodkach, przecisnąć się przez rozentuzjazmowany ( :D ) tłum w holu, wbić w zbitą grupkę pod tablicą wiszącą na ścianie, wydać z siebie kilka westchnień udawanego żalu, po czym nieśpiesznie ruszyć wraz ze strumieniem ludzi na piętra.
Wreszcie może by tak zasiąść w ostatniej ławce na auli, wyciągnąć kartkę do pisania baaardzo ważnych wiadomości - komentarzy - listów do współtowarzyszy doli oraz lekturę nijak niezwiązaną z tematem wykładu… np. wydziałowego zina o mało wybrednej nazwie.

Proooszęęęęęę. Ja chce jeszcze raz na studiaaa.

To jest tak, że gdy mam co chcę
Wtedy więcej chcę
Jeszcze
[Kazik]



Tu borówka
19.20

Nie od dziś wiadomo, że fryzjer dla zestresowanej babeczki jest jak plaster z aloesem na odciski, jak herbatka z melisy na skołatane nerwy, jak okład z młodych piersi dla zmęczonego faceta…

Więc mam na głowie mroźny kasztan i borówkowe refleksy. Oraz fantastyczną grzywkę, która będzie tak wyglądała do chwili, gdy pójdę spać. Jutro rano po myciu zrobią się na niej pseudoloki, a po wyjściu na wilgotne powietrze farfocle niczym frędzle na babcinej kapie…

***
Uroczyście oświadczam, ze moja śliczna i mądra Sister dziś właśnie została studentką. tadaaaaaaammm


03.10.05 09:14:41

Komentuj (5)


15.38

Jaaak mnie główka napierdala, aż miło
Mam ochotę wszystko co wystukuję na klawiaturze mechanicznie zaczynać słowami „Szanowny Panie” „ W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej” bla bla bla, nawet smsy formułuję jak oferty najlepszych pod niebem usług. Kurna, wysłałam dziś chyba z 10 ofertopropozycjokalkulacji, ale za to skuteczność mam, że hoho..:) Tylko raz mi szczęka opadła jak na mojej wychuchanej ofercie boss nabazgrał swoja wersję cen „po znajomości”. No żebym ja tak ich sprzedawała, to miałby on znajomych…

Fukin dżab. A do domuuu tak daleeekooo i taak dłuugooo, jeszcze tyle spraw po drodzeeeee.

Ale właśnie M. mnie poinformował, że dostał tę wyczekaną robotę w miejscu bardzo ekskluziw ą i ę, i na której tak mu zależało. Cieszę się jak jasny gwint, choć ani chwili nie wątpiłam w niego, to zaczęłam bać się, ze tamci go wyrolowali. I jest dowód na to że warto ambitnie ryzykować.
I że trzeba walczyć.

A poza tym wczoraj odebrałam bardzo zaskakujący telefon ze Szmaragdowej Wyspy. Ech te duchy z przeszłości..
ale nie powiem – ucieszyłam się.


21.33
And all that I can see is just another lemon … tea :)


Herbatka z cytrynką w pomarańczowym kubełku,
pasta z makreli jako uzupełnienie właśnie spalonych kalorii.
Zmęczenie psychiczne zabite zmęczeniem fizycznym.
Jest ok. Po prostu.


04.10.05 15:38:35

Komentuj (3)


nic sie przecież nie zmieniło

jest plan. my trzy i dwie butelki wina.
a potem zobaczymy, co będzie :D.

chodźmyyy stąd i weźmyy winoooooooo


05.10.05 18:24:09

Komentuj (4)


14.24
I will come and get you in the morning
We'll just go and not give any warning


Och jak mi się wyśmienicie spało po tym winie, aż mnie Młoda musiała ściągać z lóżka. Że niby ktoś musi utrzymywać to nasze stadło rodzinne.
I takie tam.

Ranek mglisty i zzzimny, ze względu na ilośc zajeć po pracy postanowiłam oszczędzić dziś sobie integrowania się z resztą społeczeństwa w miejskim transporcie. Sunęłam się więc przez zakorkowane miasto swoim autkiem,
a jesienne słonce tak nisko, nisko, prosto w twarz.
A wieże kościołów wysoko, wysoko ginęły we mgle.

Od rana jakieś wariackie fluidy w powietrzu.
Libido mnie rrroooznoosi. :-))

I want it cheap, I want it now I want it fast, and I want it with feeling
I want it deep, I want a vow I want it to last, and I want it with meaning
["Get You In The Morning" Crash Test Dummies]



20.45
Pimp my mind


Wypompowana. Intensywne będą te moje czwartki.
Głowę mam taką ciężką… M. podpiera ciepłym słowem, ale na odległość.
Znowu proponuje mi małżeństwo :) Trójkowy Program Alternatywny
koi zmysły.

Eks niemożliwie migocze na gg, wraca za trzy tygodnie.
Nie chcę. Męczy mnie.

A jutro znowu popisówka. Duża, wypracowana impreza.
Będziemy z Kierownikiem przestarannie przemili.

So if you're lonely
You know I'm here waiting for you
I'm just a crosshair
I'm just a shot away from you
["Take me Out" Franz Ferdinand]



06.10.05 14:24:19

Komentuj (7)


„Z ministerialnego raportu widać jednak, że w efekcie młodzi Polacy zaczynają pracować znacznie później niż ich rówieśnicy w Europie. Według danych z ubiegłego roku w Polsce zarabia nie więcej niż 35 proc. osób w wieku 20-24 lat. W krajach "starej" Unii - prawie połowa!”
"Zatrudnienie w Polsce 2005" www.mgip.gov.pl


Taaak, pamiętam, jak 2-3 lata młodsi Irlandczycy, którzy robili niesamowite błędy gramatyczne w ojczystym języku, od czwartku do poniedziałku wieczorami byli zainteresowani wyłącznie „paint the town red” oraz zaliczeniem jak największej ilości tych rudych dup, byli moimi menedżerami. W pozostałe dni o ile nie chwalili się powyższym to siedzieli w tych swoich niebieskich koszulach i wertowali szmatki typu: „Celebrities” i przeżywali rozprucie rozporka w sukience Jessici Alby. Na studia Em Bi Ej wybierali się za 3-4 lata.

I tak powinno być. Tzn. nie w sensie czytania tabloidów, tylko poznawania pracy u podstaw, praktyki, a dopiero potem dodawania do tego ideologii. Ale za tym idzie coś więcej. Oni w wieku 20 lat są w stanie utrzymać siebie, dom (tak, dom, nie mieszkanie, chociażby do spółki z innymi, ale nie z rodzicami), jakiś nienowy samochód i oczywiście wyjeżdżać na wakacje. Oszczędza to im tyle fermentu społecznego. Rodzice moich rówieśników najpierw tak się cieszą, ze dziecko dostało się na studia , hoho, uff, ma co robić przez najbliższe pięć lat…a potem – zgroza, raptem ma 26 i ciągle szuka sobie miejsca. Miejsca do pracy, bo z mieszkaniem to wiaadomooo, no może jak się ożeni, to wtedy cos się pomyśli..

Pracowałam przez pół szkoły średniej i całe studia, dorywczo, z doskoku, a magisterkę pisałam już jako etatowy pracownik. Na nowe dżiny, na glany, wreszcie na tusz do rzęs YSL – zawsze miałam swoje pieniądze. Tak się wszystko ułożyło, że będąc nastolatkami ja i mój brat byliśmy już prawie całkowicie samodzielni. Klika lat później okazało się, że tak właśnie chyba miało być, bo ta samodzielność uratowała nam dupy. Dosłownie i w przenośni, finansowo, mentalnie i w każdej możliwej kombinacji.

Dziś jak patrzę na Młodą widzę, że to ma sens, choć czasami jest ciężko. Satysfakcja, poczucie niezależności, pewność siebie. Ma naście lat i już to czuje, bo tak jak ja uczy się, pracuje, bawi. Z jednej strony jestem taka dumna. Z drugiej, odwracam głowę w tę irlandzką stronę ...

Wypisałam swój pierwszy nerw. Mogę więc wracać do roboty.. ;)


07.10.05 10:23:45

Komentuj (2)


„Zlotawa, krucha i mila…”
16.56

Strasznie lubię te nasze rodzinne zjazdy, obiady i obrady.
Nieodmiennie wyjeżdżam z nich z poczuciem wsparcia.
Babcia – filar rodziny (choć tak samo nazywa mnie;) – nigdy nie krytykuje, a umie popchnąć na właściwy tor, myślenia lub działania. Wie, że do każdego z nas trzeba podejść trochę inaczej. Czasami zachowuje się jak rasowy psycholog. A czasami jak moja rówieśniczka :)
Ogromne doświadczenie i taka ciepła mądrość.
„A co ty taka bladziutka, no nalej nam winka, nalej…”

Fajnie jest tłoczyć się w kuchni, nagle robi się tak hałaśliwie i wesoło, tak jasno, choć to tylko kilka osób. Szykować jedzenie, a potem siedzieć razem przy stole kilka dobrych godzin. Gadać gadać gadać.
Tym razem był nawet tort i wódeczka. Młoda jutro ma urodziny.

A potem rozjeżdżamy się, ale już jakby spokojniejsi. Mam wrażenie, że takie spotkania przypominają co jest ważne, co jest tymczasowe,
a co na zawsze.


Piję sobie białą kawę i układam we łbie myśli. Umówiłam się na wieczór z Grupą Piwnego Wsparcia. Jest okazja, dawno niewidziany J. zaręczył się. Tymczasem, idę malować paznokcie na fiolet.
Szalenie modny w tym sezonie :)

A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły.



Łączmy się w pary, kochajmy się
22.30

Mało piwa, ale dużo rechotu i oglądanie pomników w ciemnym parku. Kurcze, Grupa do cna pozytywna. Na wskroś uśmiechnięta.
J. zaręczony, ale ślub za jakieś dwa lata, hihi. Jak powiedziała E.
do tego czasu może znajdziemy sobie partnerów. :D

Wielu z naszych znajomych ze studiów ma wyznaczone daty ślubu,
a inni są już po. Jak ten czas leci. A jeszcze inni rozstali się po latach bycia razem, choć wszyscy czekali już na wesele. Ludzie też lecą, na łeb
na szyję. Ale czasem wychodzi im to na dobre, czego sama jestem przykładem :)


09.10.05 16:56:37

Komentuj (2)


When I look in my little girl's eyes

Jesteśmy z Sister bardzo do siebie podobne, a jednocześnie zasadniczo różne. Tak z wyglądu, jak i osobowości. Wyczuwamy się.
Często myśląc o niej wyjmuję komórkę z torebki i za chwilę przychodzi sms. Telepatia, no. Jest niezwykle wrażliwa, często nerwowa, a z drugiej strony silna i zdecydowana. Zahartowana, na pewno.

Budzi we mnie pokłady dumy, bo ładna, mądra, energiczna.
Za nikogo nie czuję się tak odpowiedzialna jak za nią. Z nikim nie śmieję się tak długo i tak bez sensu, jak z nią ;-) Tylko o nią tak się boję i walczę, gdy jest potrzeba. Jesteśmy ze sobą ciągle.
I ciągle mamy o czym paplać.

Ma dziś urodziny. Moja mała dziewczynka.

Jestem przekonana, że pewnych ludzi starzenie się nie dotyczy.
Mentalnie czują się ciągle 17-latkami. Owszem, są dojrzali, świadomi swoich obowiązków itd. żyją jak dorośli, nawet pracują i zajmują się rodziną…ale w głębi maja taką niepełnoletnią duszę.
Objawia się to m.in. w poczuciu humoru i w sposobie imprezowania, ale też w ogólnym podejściu do tzw. dejli lajf. W marzeniach jakie się ma
i w drodze do nich.

Moja Babcia, starsza ode mnie dokładnie 50 lat, ma zwykle postawę prostą - zdroworozsądkową, ale jest czasami zupełnie niepoważna jak ja czy sister. Albo Basista, który oprócz tego, że był (tzn. jest… gdzieś tam ..:P) na wskroś artystą, to na pewno miał we łbie tę 17-letnią mentalność. Nie zapomnę jak leżąc przy mnie chyba o 4 nad ranem, z brodą opartą na przedramionach, opowiadał mi z błyskiem w oku, jak kocha tworzyć muzykę. A na koniec dodał, że oprócz tego to mógłby być jeszcze rajdowcem. Myślę, że część kobiet uciekłaby natychmiast z przerażeniem przed takim marzycielem – kaskaderem. Ewentualnie wywaliła go (bo to było moje łóżko :) nie bacząc na porę i pogodę. A ja go rozumiem :-)

Mogłabym wymienić szereg takich osób wokół mnie. Na szczęście!
Np. M. np. Kierownik... To widać w oczach ludzi.
Czasami wystarczy jedno skrzyżowanie spojrzeń.

You make me feel alive You are my highest high
All I can do is smile When I look in my little girl's eyes
Lenny Kravitz


10.10.05 10:52:11

Komentuj (9)


„Potrzebna jest indywidualna akcja całego zespołu”

Czekam na pozostałe dwie wiedźmy.
Słowo honoru, nie znam drugich takich (ani nawet trzecich) co oglądają mecze. Z własnej woli i wyłącznie w żeńskim składzie.
Z piwkiem i wrzaskiem.
Owszem, po meczu nie analizujemy szczegółowo zachowań defensywy, nie śledzimy statystyk, powiem więcej, po meczu tematy są raczej z zakresu damskich zainteresowań.
No właśnie, jeśli już gadamy o piłce nożnej, to czasem o tych, którzy ją kopią. Taki np. Milan Baros. Bez niego Liverpool to już nie to ;)
Ale jest za to młody Ramon Calliste. Ciacho rocznik'85 :D
W ogóle to najbardziej lubię oglądać futbol w angielskim wykonaniu,
ale dziś wiadomo, kibicujemy patriotycznie.
Idę po strongi.

23.30
no. najatrakcyjniejszym zawodnikiem został jednogłośnie okrzyknięty Owen - zdobywca-niestety-bramki, zgoła przeciwne reakcje wzbudzał Rooney, nawet leżąc na wznak, pośladkami do kamery. E. krzyczała: Sobolewski, ty świnio, gdy ten, za przeproszeniem, puścił między nogami. Poza tym, przez te białe skarpety Anglików wydawało się że oni maja dwa razy więcej nóg i do tego pogoda była wyraźnie po ich stronie.
Mimo wszystko Bohaterem jest oczywiście Artur Boruc.

Ze stadionu daleko na wschód od Old Trafford, na żywo choć już w pidżamie, relacjonowała dla Państwa lea. Dzienkuje. :)

„Zabieram cię do baru, będzie 8-0 dla mnie,
Zakładamy się, że Polska pokona Anglię.
Drugi strong, trzeci strong,
Rozmawiamy bez wytchnienia…”



12.10.05 19:34:07

Komentuj (7)


Baby, let’s roll on to something new…

Gdybym napisała że miałam kilka dni wyjętych z życiorysu byłaby to nieprawda, może raczej to ja wyjęłam się z tych dni. Albowiem od czwartku zajmowałam się głównie wypełnianiem swojego curriculum vitae w sposób tak intensywny, że dziś ledwo dycham.

Harmonogram wyglądał mniej więcej tak: praca, hiszpański, impreza, praca, fitness, impreza, nowe studia (hurra!!!) impreza, studia, impreza… a dziś do pracy. I słowo honoru nie wiem, nie wiem jak mi to zleciało…

W sobotę podekscytowana wyruszyłam na pierwszy zjazd podyplomowych, bardzo mi zależało żeby się nie spóźnić, w związku z czym zgubiłam się we własnym mieście i na inaugurację wpadłam z 5 minutowym poślizgiem. Cholera, patrzę, same gajery, no tak myślałam. Zajęłam miejsce i jak się potem okazało trafiłam obok człowieka, który później został zdecydowanym liderem grupy i otrzymał miano Prezesa. Morda śmiejąca się, energia aż kipi z faceta. Integracja przebiegła nad wyraz szybko i sprawnie, w czym pomogło nie tylko ciepłe przyjęcie ze strony wykładowców, ale też bankiet na dzieńdobry (!!!co za czasy… no ale cóż, płacimy – dostajemy:) a później spore ilości alkoholu. 

Same pozytywne zaskoczenia. O systemie podatkowym będzie mi opowiadał pan naczelnik urzędu skarbowego, a o zarządzaniu finansami niezwykle zacny dyrektor banku. Inne przedmioty też wykładają fachowcy, którzy nie mówią o teoriach lecz od razu o żywych organizmach, na których pracują. Jestem zachwycona i mam poczucie dokonania dobrej inwestycji.

Spędziliśmy wczoraj kilka godzin w knajpie; ludzie, którzy poznali się „przed chwilą” gadali ze sobą jak dobrzy znajomi. Facetów jest kilku fajnych, zwłaszcza R. w pięknej koszuli koloru atramentowego od razu zwrócił moje baczne, na tego typu wdzięki, oko. Do tego świetnie tańczy, co zamierzam wykorzystywać :) wreszcie ktoś kto dotrzyma mi kroku.  

Dziś natomiast spróbuję wrócić do rzeczywistości, bo mam chyba jeszcze trochę alkoholu we krwi… przyjmowałam uderzeniowe dawki od piątku, laboga! Trzeba przystopować. W związku z tym choć umówiłam się z Crazy Mary, która powróciła z Gdańska w rodzinne strony aby nabrać sił przed obroną dyplomu, to albo ją zaproszę do siebie albo pójdziemy na kawę w godzinach popołudniowych.

Doprawdy, nie wiedziałam, że imprezowania można mieć dosyć.;)

It's not confidential
I've got potential
A rushin', a rushin' around


17.10.05 09:43:19

Komentuj (4)


I want a perfect body, I want a perfect soul

Jednym okiem śledzę zmagania Bayernu z Juve, szamię sałatę z pomidorem i szczypiorkiem, w śmietanie z bazylką i tak sobie myślę.

Jeee!!! 2-0 dla Bawarczyków!!!

Myślę sobie, bo dziś miałam okazję zamienić kilka zdań z Basistą. Na moją uwagę, że jak zwykle humor mu dopisuje odrzekł, że nie ma wyjścia, bo wybrał Szmaragdową Wyspę i traktuje ją jak wyzwanie. Zabrzmiało to nieco gorzko. Jednakże byłam w pracy i nie miałam szansy drążyć tematu. Ale za to wyczułam, jakby gdzieś zza siebie, Romance R. Laurena, jakbym wręcz poczuła ciepło przepastnych ramion, i chyba prawie usłyszałam Radiohead… Basista tak właśnie działał na moje zmysły.

Czasami jest tak, że kręci się ich kilku na raz.
I właśnie chyba tak się "zrobiło".
Eks przysyła mi smsy z conajmniej dziwnymi zapytaniami,
czy może przypadkiem tęsknię za nim. Nieprzypadkiem – nie.
Mężczyzna o atramentowej koszuli też nie pozwala o sobie zapomnieć.
A ja czuję właśnie tego, który jest najbardziej nieosiągalny. Przekora.

W tym momencie chciałabym podejść do sprawy hymmm bardziej rozsądnie. Wyczekać. Wyczuć samą siebie.
Ale ostatnio cierpliwość jakoś nie przychodzi mi łatwo.


***
Z zupełnie innej beczki, to kupiłam sobie dziś w sklepie fryzjerskim ulubiony szampon superhiper vitaminopowercolor :))) oraz extrabomba nabłyszczający psikacz do układania włosów. Zapachy cudne, w sam raz na zaplątane myśli o facetach byłych, obecnych i przyszłych. Na włosy i tusze do rzęs wydaję najwięcej. No nie umiem się powstrzymać.
I póki co…:D….nie bardzo chcę. ;)

I don’t care if it hurts I want to have control (…)
You’re so fuckin’ special…

radiohead

18.10.05 21:58:59

Komentuj (2)


bez prądu

Mtv Classic puszcza koncert Lennego. No fantastyczny jest.
Dready do pasa i kurtka ze skóry węża. jammmii…;)
Ostatnio męczę jednak Alicię Keys „Unplugged” i „Intensive Care” Robbiego. Obie doskonałe, ona powala głosem, on tekstami.

Czwartek jak zwykle mnie odwirował i czuję się wyżżęta z sił.
Dopiero zauważyłam, że już 23. Musze szybko iść do łóżeczka,
ostatnio nie sypiam najlepiej. A na gg dobija się z pięć osób.
Nie mogę, nie dam rady…

Wyciągnęli mi rano trochę krwi. Zaczynam leczenie.
Wyrzeczeń ponoć będzie sporo, ale efekty niby gwarantowane.
Trzeba wiec walczyć, nie?

Basista dziś skarżył się że jest chory, bidulek. Wcale mi go nie żal ;)
Wytrąca mnie z równowagi, która ostatnio i tak jest jakaś nadwątlona.

M. krzyczy przez komunikator, żebym szła spać, bo jutro idziemy do dżaba. No to idę. Czołgam się raczej.

20.10.05 22:59:42

Komentuj (2)


I have my freedom but I don’t have much time

Sobota, nie ma jeszcze 9, ale biznes jest biznes więc trzeba go pilnować,
w związku z tym – dziś trochę muszę popracować przy imprezie.

Letkom śnięta, albowiem wczoraj po zbiorowym gotowaniu spaghetti
(z francuskim serem, wg JJ’a ) i oglądaniu „Władcy Pierścienic” odwiozłam część towarzystwa do domów, a z Małą M. postanowiłyśmy jeszcze popląsać. Dobrze, że ją mam, jest niezawodna, a i ona ma we mnie wsparcie, bo jeśli chodzi o tańce to na JJ’a raczej nie ma co liczyć. Zawsze jednak kończy się tak, ze wzbudzamy powszechne zainteresowanie,
że niby dwie samotne dziewczyny nie przychodzą sobie ot tak o północy do klubu, robi się wokół ciasno i musimy się ewakuować w inny kąt.
Ale co tam. Cośmy się natańczyły to nasze.

Od kilku nocy smsy od Atramentowego, z różnych miejsc w Polsce, zabawne, ciepłe. Hmmm. Zobaczymy, co dalej?

Dziś jeszcze zakupy i do Babci. Będę się relaksować i powtarzać hiszpańskie słówka. A tymczasem idę pooglądać przedstawicieli firm medycznych, którzy zwykle mają takie ładne garnitury :)

a Alicia tak pięknie spiewa "Wild horses"...


co dalej?

umówiłam się na randkę jutro! :)
co ja mam na siebie włożyć??? ;)

And a real woman knows a real man always
comes first



22.10.05 08:49:32

Komentuj (9)


Look out baby, you might have made your move too soon

Wlewam w siebie już trzeci kubek soku wiśniowego.
Musze uzupełnić płyny.M. poszedł na basen, a ja na siłownię.
Z tym, że 200 km od siebie ;) Doskonale rozumiemy się pod tym względem.

Po pierwsze, fizyczne zamęczenie się pozwala zniwelować obciążenia psychiczne. Po drugie, musimy wyładowywać gdzieś posiadane nadwyżki energii. Ani on, ani ja nie mamy teraz nikogo na kim można by ten power spożytkować. Choć to być może niedługo się zmieni, bo M. podrywa jakąś nową kobietę i bardzo zajmująco wypowiadał się dziś o niej. Poza tym, jesteśmy próżni, dlatego skoro lubimy patrzeć na ładne tyłeczki, to dlaczego sami nie mielibyśmy mieć takich? I do tego czujemy dziką satysfakcję z przepłyniętych, przejechanych, przebiegniętych kilometrów.
Ot, niby nic a cieszy. Taki charakter.

Jeśli zaś chodzi o charakter, to ma go również Atramentowy.
Obwąchujemy się. Randka wypadła tak, jakby to nie była randka tylko spotkanie, choć pełne przekomarzania i słownych gierek zaplątanych w spojrzenia, to żadne z nas nie dało po sobie poznać,
że być może chodzi o coś więcej.

Ok. Bardzo dobrze. Pozaglądamy sobie w brązowe oczy, posłuchamy specjalnie obniżonych głosów znad szklanek; w butach na obcasach mam ze 180 cm ale i tak muszę mocno podnosić brodę, żeby mu mówić do ucha, gdy stoimy przy barze.

Typ zdobywcy. Gdybym za szybko złapała go za rękę, zawiódłby się.
Wyraźnie poluje, a ja wyraźnie będę się kryć. Pobawimy się.
Od poprzednich różni go łatwość mówienia co myśli. Zauważyłam, że to właśnie na mnie najbardziej w nim działa. Pewność siebie, nieskrępowanie. Tak łatwo mu przyszło zainteresowanie się na głos, cóż to ja mam na lędźwiach, gdy schylając się po coś odsłoniłam dolny kawałek kręgosłupa. Momentalnie zrobiło mi się duszno.

Zróbmy tak jeszcze raz, tylko przy zimnej ścianie, gdzieś gdzie prawie nie będzie ludzi…

One love ahead and one behind
One in my arms you know, one on my mind
And it's one thing people
I never make my move too soon
[B.B. King]


24.10.05 21:46:58

Komentuj (4)


Some people live just to play the game

Zastanawiam się co mi daje większego kopa? Krytyka czy pochwała?
M. twierdzi, że bezpodstawna krytyka wzbudza w nim agresję. A największą satysfakcję ma wtedy gdy i on i klient są w równym stopniu zadowoleni z projektu. Zgadzam się. To ogromna przyjemność, gdy ktoś jest wyraźnie kontent z efektów naszej wspólnej przecież pracy, dziękuje i wraca jako stały gość. Zahacza to też o ambicję, bo można mi wdepnąć na dumę w dwojaki sposób. Komplementem bądź niepochlebną uwagą.

Jakiś czas temu mieliśmy małą burzę. Ktoś był niezadowolony, ktoś się poskarżył, ktoś czegoś nie zrobił. Właściwie nie było wiadomo do końca kto, ale ferment pozostał. Oberwaliśmy. Nie do końca słusznie, ale jak się okazało później rezultaty były warte zrobienia owej afery. Kilka źle wziętych zakrętów wystarczyło, by bardziej uważać na prędkość i sposób trzymania kierownicy :)

Wczoraj jednoznacznie zostaliśmy pochwaleni. Nawet bardzo. Zwłaszcza za nowe rozwiązania. Padły nawet niewyraźne słowa, że ta ostatnia heca nie dotyczyła wyłącznie nas, że trochę wszystko poszło za szybko… Wracałam do domu z uśmiechem przyklejonym na twarzy. Mam ochotę „jechać” szybciej, bo pewniej.

***
„Wyglądam przez okno, na oczach mam sen”, listopadowa aura nie sprzyja energicznym przedsięwzięciom. Niebo zasnute chmurami, pomysłów różnych mam dużo, ale jakoś chęci mi się rozłażą. Poszłabym wieczorem do kina na „Broken Flowers” ulubionego Jarmusha, ale nie wiem czy powinnam zapraszać faceta pierwsza (ot, wieczny dylemat:).
A może lepiej zostanę w domu z innym dylematem: podręcznik do hiszpańskiego, czy "Cząstki elementarne"?.

Jak ustaliliśmy wczoraj z Atramentowym, to przekleństwo od wtorku czekać na weekend. Zobaczymy, czy jest na co czekać.

26.10.05 10:20:56

Komentuj (2)


Powrót z pracy do domu z sister pod rękę, w deszczu, z ogromnym parasolem.Deszcz zmył jej łzy spowodowane niezdanym, głupim egzaminem, a ja starałam się wywołać uśmiech komentowaniem
świata wokół. Z dobrym skutkiem.

Ludzie z mokrymi nogawkami przydługich dżinsów, ja w delikatnych pantofelkach zdecydowanie nie na taką pogodę, wszyscy chlupali, podskakiwali,śpieszyli się na przystanki.

Odniosłyśmy moje kozaki do szewca, wczorajsze atramentowe spacery
wystukały zeszłoroczne fleki do żywych obcasów. No a przecież w sobotę
muszę mieć na czym wspinać się do jego ucha.

Głupi, rozchichotany humor, jasne, gorzkawe piwo w kuflu.
Mała M. przyłącza się do wirtualnej imprezki na gg,
E. narzeka na samotność i brak pieniędzy. Gdyby zechciała częściej wychodzić z nami z domu, pewnie by kogoś poznała. Jest piekielnie inteligentna, ładna, ma zabójcze poczucie humoru. Czarnego humoru. Tylko jej pesymizm bywa ciężki do zniesienia dla postronnych.

Że życie jest jak cytryna?
Tak, bo im bardziej krzywisz się, tym kwaśniejsze się wydaje.

W głośnikach zupełnie odjechany Robbie:
“And I'll be your gay friend
'Cus your marriage never ends
Till we fuck and fight again
There's a space between us”


26.10.05 19:10:31

Komentuj (4)


„Pojedziemy razem zupełnie pełnym gazem”

Weekend opanowany przez drugi zjazd podyplomowych. Impreza integracyjna więcej niż udana. Tak zorganizowaliśmy czas, miejsce i ludzi, że na pewno będzie wspominana.

Zauważyłam tylko, ze lekko zaczyna mnie niepokoić ten tryb życia. Praca, trochę zajęć po, a od piątku ciąg barowo-taneczny. Tłum ludzi wokół, wszyscy przy mnie roześmiani, ktoś dzwoni, gdzieś zaprasza, namawia. Maluję rzęsy i wychodzę. Nie umiem się powstrzymać mimo, że zmęczenie z całego tygodnia rozwala głowę gdzieś od środka. Tak, bawiąc się odpoczywam w jakiś sposób, ale czasem zwykły sen czy leżenie na kanapie z gazetką byłoby na pewno zdrowsze.

Świat mi wiruje. Na szczęście (naprawdę – na szczęście) po takich roześmianych alkoholowych nocach przychodzi tzw. zejście. Równowaga w przyrodzie być musi, toteż nie dziwię się gdy nagle następuje spadek nastroju. Odwrót o 180 stopni. Ale nawet wtedy nie lubię być sama. To jest trochę chore, to na pewno jakaś moja trauma, mój największy strach - przed samotnością.

Wracaliśmy wczoraj z Atramentowym po zajęciach w takim właśnie klimacie małego dołka, kilkukilometrowy spacer wyciągnął z nas dużo słów, okazało się jak wiele mamy wspólnych doświadczeń. Chociażby to tempo życia, masa ludzi wokół, jakieś rozedrgane decyzje o „związkach” na chwilę.

Taki też się szykuje. Cholera go wie ile on miał tych bab. Atramentowy ma w oczach chochlika, spojrzenie drania, coś co przyciąga kobiety. Ma też ogień we krwi i ciepło w dłoniach. Któraś go kiedyś skrzywdziła i od tamtej pory nie kocha. Kocha się. Przytula. To wszystko.

Tak bardzo nam czasem trzeba innych ramion, rozładowania zmęczenia i stresu dotykiem, seksem. Dużo wczoraj o tym rozmawialiśmy zastanawiajac się z czego to wynika. Nie wierzymy już w wielką miłość, nie chcemy się wiązać, deklarować przyszłości, obiecywać. Dlaczego? Bo wygodniej. Wolność, egoizm, luz, którego w stałych związkach z czasem zaczyna brakować, bo coraz więcej wiąże, coś się zacieśnia, zapętla, aż zaczyna dusić. Wydaje mi się że wtedy trzeba podjąć decyzje albo o małżeństwie albo o wspólnym mieszkaniu, albo o czymś, co pokaże, że myślimy o tym, jak o czymś pewnym.

Może dlatego rozpadają się takie pary jak ja i Eks, i kilka innych mi znanych, że po kilku latach wciąż nie decydujemy się np. na wspólne mieszkanie, ale już prowadzimy nasze sprawy jakbyśmy właśnie razem żyli. Planujemy, pytamy, kontrolujemy. W końcu coś zaczyna zgrzytać, bo na dłuższą metę nie da się tak. I wtedy coś się pieprzy.

Mam taki dualny atramentowy nastrój. Z jednej strony po wczorajszych łóżkowych ekscesach mam w głowie Kultowe „Krutkie* kazanie na temat jazdy na maksa” (*pisownia oryginalna :P): a z drugiej po tych rozmowach o potrzebie posiadania, no bądźmy szczerzy, przytulanki, śpiewam sobie z Alicią:
I will keep, your secrets just think of me as the pages in your diary(…)
Ohh baby if there is anything that you fear
Call my number, and I'll be here..


Brzmi to przedmiotowo? Że traktujemy się jak zabawki mające dostarczyć sobie przyjemności? Grzesznie? Nieprzyzwoicie?

Mogłabym się w Atramentowym zakochać. Ale tego nie zrobię. Jego największą zaletą jest bezpośredniość. Rzadko zdarza się by facet w tak otwarty sposób mówił nie tylko o swoich potrzebach cielesnych, ale i emocjonalnych. Sytuacja została jasno określona, choć oczywiście skutki trudno jest przewidzieć.

31.10.05 09:54:07

Komentuj (2)

kupa mięci

[Księga gości]

Links

promienie

Colour of Mary
Stula
Toandfro
Miss Mojorisin
Haust inkaustu
Stajlami
Blado i rumiano
Ter-kotka
Agentka ze Świata Dysku
Nagietka
Cierpko
Puciak
Na zawsze Twój
On-line on-air
Sistermoon
Fresz i deliszys
Egoistna
Enjoy the silence
Na niepogody duszy
Komunikator

feszyn

where did u get that
pin up girl
harel tędęses
banana fashion republic
I like the way u mooove
cinema kingdom rush
miss galliano gianni
lanvin

mjuzik

My Music
Brawooo!!Biiiis!!
Moved my brain fulfilled me
team radio
liryki 1 2 3 4 5

papier śniadaniowy

omlet
rzepa
kiełbasa
błękitna ostryga

football

JAGA
The Reds
FCBarca



po zmierzchu