Alice speaks to Cheshire Cat

`Would you tell me, please, which way I ought to go from here?'
`That depends a good deal on where you want to get to,' said the Cat.
`I don't much care where--' said Alice.
`Then it doesn't matter which way you go,' said the Cat.
`--so long as I get somewhere,'
`Oh, you're sure to do that,' said the Cat, `if you only walk long enough.'


`But I don't want to go among mad people,' Alice remarked.
`Oh, you can't help that,' said the Cat: `we're all mad here. I'm mad.
You're mad.'
`How do you know I'm mad?' said Alice.
`You must be,' said the Cat, `or you wouldn't have come here.'


["Alice in Wonderland" Lewis Carroll]

'Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było'



something unusual something strange comes from nothing at all

Lipiec jakoś niespodziewanie znalazł mnie między grządkami truskawek na Babcinej działce, przygwoździł słonecznymi promieniami do czarnej ziemi, otumanił zapachem liści, skwaru, brzęczeniem owadów. Kontemplacja, śmieję się sama do siebie, pieprzone zen, niczym ten wyluzowany kwiat na tafli, tak ja w szczypiorze zażywałam relaksu z kurzem za paznokciami. Tylko trochę śpieszyłam się na mecz Anglia – Portugalia...

Ogórki małosolne, chrupię je zapamiętale, miałam na nie apetyt od kilku dni. Chrupanie też sprzyja myśleniu, tak jak grzebanie się w glebie. Nim przyoblekę nowe, korporacyjne pomarańczowe barwy chcę ustawić we łbie to i owo. M. przedstawia mi opcję hardcore, a kilka ostatnich wieczorów sprzyja, by się zdecydować. Samotność i jednoczesny brak chęci na spotkanie z Grupą W.

Zarządzam odwyk od Magika. To już drugi raz. Nie chcę żeby bolało, a już, tuż tuż.

Dżem truskawkowy, lśniący słodko w garnku, jego zapach tak intensywny podczas gotowania, że zostaje na skórze aż do wieczora, gdy chłód i sierp księżyca przyprawiają o dreszcze. Coś każe iść, lecieć, coś szarpie wstecz. Canarinhos wyeliminowani.

Dziękuję za to miejsce, za Babciny głośny śmiech, proszę o wytchnienie dla Sister, tak ciężko ostatnio pracuje. Proszę o siłę i cierpliwość, nieśmiało o...

Nothing unusual, nothing's changed
Just a little older that's all
You know when you've found it,
There's something I've learned
'Cause you feel it when they take it away
[Amie, D.Rice]


03.07.06 19:04:47

Komentuj (2)


something’s kickin’ in, I smell the summer on your skin...

Kierownik nad polskim lodowatym - jak mniemam z okrzyków słyszanych w słuchawce – morzem, palcem na piasku zapisuje numery bardzo ważnych telefonów, ja zaś gotuję się w służbowym sosie za biurkiem. Myślami odpływam tu i tam, łagodnie, żabką, ale zapuszczam się czasem całkiem daleko. Jakieś nie wpłacone w terminie zaliczki, jakieś potwierdzenia przelewów, doprawdy, czy ja muszę o to walczyć, gdy jest tak gorąco, gdy niemożliwie boli mnie gardło, gdy spałam stanowczo zbyt krótko. Drodzy Państwo, idźcie sobie wszyscy na urlop, ja zaś spokojnie zmienię pracę, a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie, w zdrowiu i rozsądnej pogodzie.

Marudzę sobie, mamroczę pod nosem, aż tu nagle słonecznikowy pęk zapiera mi dech. Promienny, ciepły, krzyczący latem. Spotkanie z Najmilszym już wstępnie zaplanowane. Co to będzie, łapię się za głowę i potrząsam tysiącem domysłów i obaw, ale chcę tego, chcę.

Big yellow cranes hold up the clouds
[Therapy? niezmiennie daje kopa]


05.07.06 18:31:54

Komentuj (8)


Stoję na słońcu łapię w palce czas - nitki babiego lata.
Patrzę na świat przez szkło bez krat - przez dno butelki.
Włosy rozwiane głaszczą mi twarz,
świat jest bez końca zielony,
człowiek na słońcu to właśnie ja -
a może nie człowiek.
(...)


Zamykam drzwi, a za nimi skwar, pęd, rozkładam zakupy, odpalam pralkę, włączam Trójeczkę i ... rilaks. Pichcę pangę w sosie śmietanowo – serowo – koperkowym (no co, taki wyszedł...) z brokułami i pomidorkami, ziółkami, do tego mam ogromną ochotę na chłodne białe winko.

Powinnam jeszcze zapomnieć włączyć dzwonek w telefonie, żeby nie próbowali mnie zdjąć z kanapy, wyjąć z odprężającej kąpieli dla stóp, zamknąć mi babski periodyk. Przez ostatnie dni tyle gadałam, że do bólu gardła niepotrzebne by było pewnie to przeziębienie, bezsensowne, bo kto to widział kaszleć w środku lipca.

Towarzyski tydzień, hałaśliwy, ciepły i wesoły w rozmowach w knajpianych ogródkach. Tylu z nas czuje się mimo to samotnymi, przyznajemy się sobie do tego już w cztery oczy. Zwierzają mi się tak różni ludzie, zza każdego z nich wychyla się tęsknota, pragnienie bliskości, czy jest to E., filozoficznie smucąca się nad własną niezaradnością, czy P. młody, szybki, doświadczony menadżer. Temu ostatniemu ambicja i nie wiem co jeszcze, bo faceta nie pojmę przecież, nie pozwala poskarżyć się kolegom na dysonans, jaki przeżywa odnośnie swojej pracy. Metodą zadawanych przeze mnie drobnych pytań i odpowiedzi P. sam dochodzi do oceny sytuacji i wyciąga wniosek, ku własnemu zaskoczeniu.

Inteligentne, wrażliwe, atrakcyjne osoby, nie godzimy się na odgrywanie randek, nie przymykamy oka na głupotę, chcemy być sobą, jako tacy chcemy być akceptowani. Chcemy pracować, chcemy się bawić.
Sens chcemy widzieć, słyszeć i czuć.

Znalazłem drogę, którą chcę
przejść aż na drugą snu stronę,
zielone szkiełko przecina dłoń -
spadam na ziemię jak promień.
(Zielone Szkiełko/R.Kasprzycki)


07.07.06 19:36:29

Komentuj (10)


Tempo i intensywność ostatnich dni przyprawia o zawrót głowy. Piszę na karteczkach listy spraw do załatwienia, rzeczy do kupienia, do zapakowania, do sprawdzenia. Życie rodzinne prowadzę z pracy, gdy mam włączone gg, a takze telefonicznie, co wcale, ale to wcale mi się nie podoba.

Początkowy spokój dziwił, ale cieszył, lecz gdy maleńki poślizg organizacyjny pociągnął za sobą następne zaczęłam się przejmować. Ale bywa tak, że sytuacja klaruje się sama i tak też się stało. Poza tym wyżyłam się podczas czterdziestu kilometrów przejechanych z Grupą W. na wczorajszej wycieczce, a jak się po prostu pedałuje, to problemy łatwiej układa się wraz z przerzucaniem przerzutek – żeby było lżej.

Wyliczając nieco pospiesznie: żegnam się ze starym dobrym miejscem pracy, po dwóch tygodniach szalonej gonitwy na zakończenie, w weekend będę się weselić u kolegi J. co ślubować będzie to, co najpiękniejsze, w niedzielę zaś ląduję w stolycy, co by się wyszkolić do nowej pracy.

Korporacyjne pranie mózgu potrwa do piątku, więc niech mi ktoś powie jak, no jak ja mam się spakować? Podróże, śluby, szkolenia, mieszkanie z obcymi ludźmi, spotkania z Nieznajomym Najmilszym, a może też z Dawno Niewidzianymi Znajomymi. Patrzę z rozpaczą na poukładane na podłodze kupki rzeczy absolutnie niezbędnych i jedynym sposobem dokonania niemożliwego wyboru wydaje mi się losowanie z zamkniętymi oczami ustalonej ilości sztuk ubrań, kosmetyków oraz butów.

Laboga…


13.07.06 14:13:24

Komentuj (12)


Hołm słit hołm oraz że życie pełne jest niespodzianek, myślałam sobie rozpakowując, przepakowując, dopakowując podróżną torbę, bo zaraz po powrocie ze stolicy w sobotnie popołudnie niemal od razu przejęła mnie Grupa W. i powiozła na wyjątkowy festiwal, który rozbrzmiewał bardzo ciężką muzyką na scenie w środku lasu. Aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz byłam tam dwanaście lat temu, by powracać co roku w trzeci weekend lipca, z jednym irlandzkim wyjątkiem.

Aż trudno uwierzyć ile wydarzyło się przez ten tydzień, choć podejrzewam że wyraźnie dostrzegę to dopiero za czas jakiś. Ileż to się dowiedziałam, iluż to ludzi poznałam, a ileż miejsc zobaczyłam i ileż to wniosków, pytań i domysłów wysnułam podczas pobytu w Wawie oraz wcześniej, weseląc się dwa dni w jeszcze innym mieście. Tyleż, że aby to spisać będę potrzebowała więcej czasu niż ten, którym dysponuję.

Co najważniejsze?
To, że pisząc kiedyś Najmilszemu, że nie jest ważny kolor oczu faceta, lecz sposób w jaki na mnie patrzą, nie do końca zdawałam sobie chyba sprawę z sensu owych słów. Bo dopiero poczułam to mocno w tę piątkową noc, gdy mokre krople deszczu parowały z powierzchni skory w mgnieniu oka... Oka, którego kolor jest właściwie nie do określenia, a którego spojrzenie elektryzuje...

To, że korporacja wydaje się być przyjazna, pogodna w swych pomarańczowych barwach, solidna w sposobie organizowania pracy, rozsądna w metodzie jaką umieściła mnie w swoich strukturach, pociągająca w możliwościach jakie daje.

Jutro pierwszy dzień w nowym miejscu pracy, a potem trzy dni na ćwiczenia praktyczne, tym razem przeczołgają mnie w koszarach w Lublinie. Salami, szkoda, że teraz Cię tam nie ma ;)

Big wheels keep on turning...

23.07.06 22:21:19

Komentuj (9)


Czarowny Lublin ugościł mnie w jednej z kamienic na starym mieście, w niesamowitym pensjonaciku wyłożonym jakimiś ciężkimi materiami w złote wzory od piwnicy po dach. Meble stylizowane na wiktoriańskie, albo jakiś szanowny Ludwik XVI czyhający za ogromną szafą oraz duch jakiegoś Izaaka zapewne schowany pod moim gigantycznym łożem – oto jak mieszkałam. Atmosfera uliczek nieco rozmyta rzeką ludzi wlewającą się do lokali, falującą na staromiejskim bruku, ale pięknie, pięknie.

Z przyjemności była także wizyta w Kazimierzu, mimo ostrzeżeń, że komercyjny, zatłoczony, drogi, to jeszcze lśni mi w oczach Wisła, widziana z Trzech Krzyży, poczułam się przez moment jak na jakiejś wakacyjnej wycieczce, leniwym spacerku.

Wreszcie, bo cała reszta polegała na koncentracji, obserwacji, nauce, praktyce, wyciąganiu wniosków i zadawaniu pytań, a wszystko w żwawym tempie dyktowanym przez jakieś niewidzialne prepetum mobile.. Jeśli to, co będę robiła, ma wyglądać tak jak to, co widziałam, to czeka mnie dużo, bardzo dużo pracy, ale słowo daję, to mi jeszcze tylko podwyższa ciśnienie i daje parę.

Konkluzje. Należy być dyskretnym i ufać własnej intuicji odnośnie napotykanych postaci. Przechodzenie od zachowań formalnych do nieformalnych jest zaskakująco płynne, rozmowy niemal prywatne są przetykane służbowymi wskazówkami. Trzeba mieć przytomne, szeroko otwarte oczy i szybko chłonąć informacje, a przy tym nie wszystkim pokazywać, że już zrozumiałam pewne mechanizmy. Gdy do tego doszłam zrodził się we mnie jakiś bunt. Korporacja rulez.

Na szczęście Szef D., mój bezpośredni przełożony, oraz nadrzędny Szef Z. to faceci, z którymi, mimo zasadniczej różnicy wiekowej mogę gadać godzinami. Oficjalnie, nieoficjalnie, o życiu i o piciu, nawet o „Dzieciach z Bullerbyn”. Poznając takich ludzi zyskuję jakiś spokój, że mimo wszystko, są tacy, którzy w tym świecie ciągle kierują się nadrzędnymi wartościami, szanują siebie i innych, ciężko pracują, a potem bawią się i weselą bez skrępowania. To też daje kopa.

Były również rozkosze podniebienia zaznawane na służbowych kolacyjkach, ale także spożywane samotnie naleśniki z borówkami, przepyszne. Oj, tęsknię za moim fitnesikiem i rowerem...

I tęsknot doznawałam, zwłaszcza po powrotach z owych kolacji – obserwacji, gdy radiobudzik mruczał
„a telephone can't take the place of your smile”, a ja w takim ogromnym łóżku myślałam o mocnym, pewnym, zdecydowanym ruchu ramienia, którym przygarniał mnie do siebie, przyciągał moje biodra do swoich.

Ostatnie dwa tygodnie przygotowywania się do nowego życiowego zadania, kompletnie wypompowały mnie fizycznie. Ale we łbie aż kipi. Miłego weekendu.

29.07.06 12:18:20

Komentuj (14)

kupa mięci

[Księga gości]

Links

promienie

Colour of Mary
Stula
Toandfro
Miss Mojorisin
Haust inkaustu
Stajlami
Blado i rumiano
Ter-kotka
Agentka ze Świata Dysku
Nagietka
Cierpko
Puciak
Na zawsze Twój
On-line on-air
Sistermoon
Fresz i deliszys
Egoistna
Enjoy the silence
Na niepogody duszy
Komunikator

feszyn

where did u get that
pin up girl
harel tędęses
banana fashion republic
I like the way u mooove
cinema kingdom rush
miss galliano gianni
lanvin

mjuzik

My Music
Brawooo!!Biiiis!!
Moved my brain fulfilled me
team radio
liryki 1 2 3 4 5

papier śniadaniowy

omlet
rzepa
kiełbasa
błękitna ostryga

football

JAGA
The Reds
FCBarca



po zmierzchu